Terapia ducha
Dotknięcie Nieznanego

Choć jest to opowiadanie, jednak wydarzyło się naprawdę. Osoba, która towarzyszyła mi w pierwszej części tej historii, uznała, że dom jest nawiedzony, i uciekła, zostawiając mnie samą. Nie wiedziała, że ja nie mam lęku przed rzeczami nie z tej Ziemi i traktuję je tak samo poważnie, jak wydarzenia, które wszyscy uważamy za normalne. Dla mnie każda rzecz, którą przeżywam, jest normalna i do wszystkiego mam taki sam empatyczny stosunek
Wydarzyło się to ponad 10 lat temu, kiedy byłam zaangażowana w remont starego wiktoriańskiego domu w Londynie.
Budynek otaczał duży ogród pełen krzewów i zaniedbanych drzew. Miał piwnicę, parter, pierwsze piętro i poddasze. Jego układ był nieprzyjazny. Schody prowadzące na górę zdawały się rozpływać w kolejnym holu i patrząc na nie z dołu, miało się poczucie niepewności, jakby szły donikąd, podczas gdy ze schodów prowadzących w dół można było zobaczyć jedynie kilka pierwszych stopni.
Byłam wówczas odpowiedzialna za remont całości. Planowałam dom unowocześnić, wprowadzić więcej światła, usunąć wrażenie zaniedbania. Chciałam przekształcić ruinę w piękną arystokratyczną posiadłość. Aby to osiągnąć, trzeba było jednak zmienić wszystko, co wpływało na obecną atmosferę i wygląd.
Cała historia zaczęła się, gdy salonik przy wejściu był już niemal ukończony, całkowicie nie do poznania i mocno kontrastował z resztą domu. Z obniżonym sufitem, pięknymi rozetami, białymi ścianami i eleganckimi meblami, pokazywał, że dawny czas nieodwołalnie się kończy.
Może spowodowało to zmęczenie po całym dniu pracy, a może coś innego, ale po skończeniu saloniku prace w holu na dole nie przebiegały już tak gładko. Zadanie, które jeszcze nam pozostało, wydawało się proste: przemalować jedną ścianę. Jednak, żeby to zrobić, trzeba było wpierw usunąć z niej tapetę, a ta trzymała się uporczywie i robotnicy musieli używać różnych sztuczek, a nawet siły, aby zacząć ją odrywać. Ściana stawiała opór. Z każdym zerwanym pasem tapety odpadał również kawałek tynku, odsłaniając stare wzory i kolory pod spodem. Jednak na tym nie koniec; pod jedną warstwą pojawiała się zaraz kolejna, a potem następna. Ukazywały się jedna po drugiej, jakby było ich nieskończenie wiele.
Wyglądało na to, że
domu nie remontowano od dziesięcioleci.
To, co miało być prostym zadaniem, zamieniło się w walkę o uzyskanie gładkiej powierzchni. Z niejaką fascynacją obserwowałam, jak kolejne warstwy odsłaniają ślady dawnych obecności, rozmyślając o nieznanych mi istnieniach, które kiedyś w tym miejscu spędzały swoje życia: oto okres czystego różu, ciekawe, kto mógł tu wtedy mieszkać? Potem surowe czarno–białe wzory, następnie szare odcienie… Wydawało się to nie mieć końca.
Była już dziesiąta wieczór, gdy Waldek usiadł na schodach, żeby odpocząć, i wyciągnął butelkę napoju energetycznego. Ja stałam obok, patrząc na zniszczoną ścianę, zagłębiona w myślach. Gdy praca ustała, powietrze wypełniła dziwna cisza – nie dźwięcząca, a jakby zapadająca się w siebie.
Nagle budowlaniec zwrócił się do mnie drżącym głosem:
– Słyszała pani?!
– Co?
Gdy jestem pogrążona w myślach, nie istnieje dla mnie nic, prócz moich myśli.
– Nic nie słyszałam.
– Ale coś było! Ktoś pukał na górze!
I faktycznie, po chwili i ja usłyszałam wyraźny odgłos stukania gdzieś w domu na piętrze, jakby ktoś uderzał w drewniane drzwi.
– Teraz słyszę – powiedziałam. – Jurek i Zenek na pewno poszli do domu? Może się ubierają?
– Poszli, poszli! – zapewnił Waldek. I drżącym głosem, niezgodnym z jego solidną posturą, spytał:
– Nie boi się pani?!
– Przepraszam, czego? Pukania? Zazwyczaj nie boję się pukania.
– Ale… – zająknął się budowlaniec. – Ale… tam nikogo nie ma. Nie może być!
– W porządku. Nie ma. Jest samo pukanie.
– Sorry, ale to nie dla mnie – zerwał się nagle, zgarniając swoje rzeczy. – Idę już, przepraszam. To nie dla mnie.
Pukanie powtórzyło się, nawet jakby bardziej natarczywie. Waldek wyszedł pospiesznie, żeby nie powiedzieć, że wybiegł.
Zostałam w domu sama. Ciemność powoli pochłaniała świat, a wraz z nią czułam, jak ogarnia mnie zmęczenie. Poszłam spać do nowo wyremontowanego saloniku i nie słyszałam już więcej pukania. Albo ustało, gdy tylko Waldek wyszedł, albo pokój był lepiej wyciszony. A nawet przeszło mi przez myśl, że budowlaniec sam jakimś sposobem stukał, żeby mnie nastraszyć. Szczerze mówiąc, nie obchodziło mnie to.
Musiałam zasnąć szybko, wyczerpana dniem pracy. Jednak ta ściana w holu nie dawała mi spokoju. Przyciągała mnie jak magnes, a jej odpadające kolejne warstwy przesuwały mi się przed oczami. Nadal odpadały, jedna po drugiej; już nie tylko tapeta, farba, lecz tynk, cegły, kolejne cegły, aż pozostała jedynie surowa drewniana konstrukcja, jak szkielet, na którym wszystko się opierało. A teraz stoi samotny, dumny, wykrzywiony, krzyczący pustką dziur, przez które przelatywał wiatr.
I wtedy bardzo wyraźnie poczułam czyjąś obecność. Kogoś, kto mieszkał w tym domu przez lata i
nie potrafił odejść
Nie boję się tak zwanych duchów. Nawet nie wiem, czy wierzę w nie. Po prostu nie podważam doświadczeń, przez które przechodzę. A ponieważ jestem terapeutą, empatykiem, wyraźnie poczułam ból i głęboką samotność tej obecności.
Więc spytałam tak, jakbym pytała kogoś, kto stoi obok.
– Co ci jest? Czuję, że ci ciężko. Boisz się czegoś? Potrzebujesz czegoś?
I na drewnianej konstrukcji pojawiło się serce. Duże, jakby namalowane czyjąś niepewną ręką.
Potem zniknęło, jak zdmuchnięte wiatrem. Ten podmuch nie był zimny. W moim odczuciu był ciepły, owionął mnie na chwilę, a potem i on zniknął.
– Rozumiem cię – powiedziałam. Bo rozumiałam. Ta istota od lat pragnęła miłości. Z jakiegoś powodu, z jakiejś nieznanej mi przyczyny. To było to, czego jej brakowało – serca dla niej.
Żyła tu, ale kim była?
– Czy możesz powiedzieć mi swoje imię? – spytałam.
Wówczas pojawiło mi się w myślach słowo Teresa. Otrzymałam tę informację prosto i bezpośrednio. Teresa. Nic więcej.
– Nie martw się – powiedziałam. – Zapamiętam. Będę myśleć o tobie.
Gwałtowny hałas i śmiechy wyrwały mnie z tego stanu. Wyszłam z pokoju, przeżywając przez sekundę zaskoczenie, iż nie widzę drewnianej konstrukcji, a rozdrapaną, poobdzieraną ścianę. Był dzień. Ekipa wróciła do pracy.
Miałam dziwne poczucie zamieszania w umyśle – podpowiadał mi, że obudziłam się właśnie, ale równocześnie miałam wrażenie, iż to, czego doświadczyłam, nie całkiem było snem, tak jak zwykliśmy rozumieć sny. Bo naprawdę stałam przed drewnianą konstrukcją, na której z czasem wzniesiono całą resztę. Czy ta została potem wymieniona, przekształcona – tego nie wiem, ale wiem z niezbitą pewnością, iż pierwotnie była dokładnie taka, jaką zobaczyłam. I wiem, że odezwał się do mnie zagubiony w tym domu duch. Od tamtej chwili myśl o nim tkwiła we mnie bardzo mocno. Zaczęłam szukać informacji o Teresie. I ostatecznie znalazłam. Była żoną jednego z dawnych mieszkańców. Nie mieli dzieci. Opisywano ją jako silną, powściągliwą kobietę – niezbyt przyjazną, raczej surową i wymagającą.
Nie miałam dostępu do poprzednich właścicieli domu, jedynie do ostatniego, który dał zlecenie remontu. Pytany o jakieś nietypowe zachowania w budynku: pukanie, przemieszczenia rzeczy czy inne podobne zjawiska, powiedział, że ani on, ani jego żona, nic takiego nie zaobserwowali. Dla porządku spytałam też ich córkę.
– Nie – powiedziała. – Żadnego przesuwania mebli, nic takiego. Ale wiesz… było coś dziwnego.
– Powiedz mi!
– Mama mówi, że ja to sobie wymyśliłam. Nie wiem, czy powiedzieć…
– Bardzo cię proszę!
– Wiesz…, odkąd byłam mała…, czasem jakby ktoś gładził mnie po włosach. To było straszne, bo czujesz się tak, jakby ktoś naprawdę stał z tyłu i głaskał cię po głowie. Oglądasz się – a nikogo nie ma! Nawet myślałam, że to mama, ale gdy jej powiedziałam, to mnie wyśmiała, że sobie wyobrażam cuda.
– To tylko raz się zdarzyło?
– Najgorsze jest to, że nie. Powtarzało się i mama zapisała mnie do psychiatry, który dał mi jakieś proszki, żeby mi przeszło.
– I przeszło?
– Bałam się bardzo, bo może jestem chora, i modliłam się, żeby to odeszło.
A więc jednak Teresa. Szukała czułości, szczęśliwa, że jest dziecko w domu. Ale ono ją odrzuciło, bo pragmatyczna matka nie mogła uznać, że doświadczenie córki może być prawdziwe. I Teresa pokornie odsunęła się, żeby jej nie straszyć. Poczułam się tym bardzo wzruszona, gdyż musiało to być wielkim wyrzeczeniem. Podziękowałam jej za to i odtąd sama otaczałam ją pełnymi miłości myślami: czułam ją przy sobie, pozwalałam jej być przy sobie i myślałam o niej.
Myśl pełna miłości jest rodzajem modlitwy
Modlimy się, nie prosząc o coś, ale stając się czymś, o co zamierzalibyśmy poprosić, i wchodząc w stan przenikania się światów, gdzie czas i przestrzeń, sen i jawa, mieszają się w Jednym.
Nie powiem teraz, jak długo trwało to moje bytowanie z duchem Teresy, zanim poczułam, że przyszedł czas, by poszła do świata, do którego należy. Powiedziałam jej to. Zamiast ceremonii egzorcyzmu, który odrzucam jako gwałt czyniony na nierozumianej istocie, zrobiłyśmy inną ceremonię pożegnania. Poszłyśmy na cmentarz. Teresa pokazała mi swój opuszczony grób. Położyłyśmy na nim sztuczne kwiaty, które wybrała: białą konwalię i fioletowy irys. Ja dodałam do nich znicz z namalowanym wielkim sercem.
Obecność Teresy przy mnie zniknęła i wiem, że spokojnie już idzie przynależną jej drogą.
Related Posts
-
Mechanizmy działania prądów w niepłodności
Brak komentarzy | lip 21, 2026 -
Wesołych Świąt!
Brak komentarzy | gru 22, 2019 -
Nieznany Świat nr.9/2016
Brak komentarzy | sie 27, 2016 -
Nieznany Świat 02/2025 (410)
Brak komentarzy | sty 20, 2025
About The Author
Admin
nieznanyswiat.uk@gmail.com