Droga środka

W buddyzmie drogą środka nazywa się filozofię, a raczej postawę, która – pokrótce – polega na tym, aby idąc przez życie, nie rozglądać się za bardzo na boki, nie pragnąć zbyt namiętnie dobra, nie unikać panicznie zła, tylko podążać przed siebie, godząc się na przysłowiowe raz na wozie, raz pod wozem. Nie należy tego odbierać jako obojętność, raczej unikanie wszelkich skrajności. Bardzo mi taka postawa odpowiada, jednak jestem zbyt leniwy, by zgłębić pisma dalekowschodnich myślicieli
Swoją buddyjską drogę środka zakończyłem na kilku audycjach radiowych, dość ogólnie omawiających owo zagadnienie. Podążam za to własną drogą środka i mniejsza o to, czy to ten sam środek, co w buddyzmie, czy inny. Bo oto odkryłem, że środków Wszechświata jest nieskończoność. Szedłem sobie ostatnio drogą, tym razem środkiem lasu, i jak to mam w zwyczaju, starałem się chłonąć wszystkimi zmysłami bodźce docierające z otoczenia: śpiew ptaków, szum drzew, jęki ocierających się konarów, brzęczenie owadów, chłód wiatru, ciepło promieni słonecznych, zapachy roślin. Przecinam wówczas ten świat, przeszywam go wzdłuż linii mojej wędrówki, pozostawiając jego kolejne partie za sobą i wchłaniając nowe. W takich momentach zapominam o wszystkim innym i zawieszam swoją świadomość na doświadczaniu tu i teraz, próbuję zestroić się z duchem Natury.
Gdy odbieramy świat wszystkimi zmysłami, zaczynamy odnosić wrażenie, iż cały przechodzi przez sam środek naszego ciała, a nasz ruch i ogrom wibrującej życiem rzeczywistości wokół tworzą razem portal między przeszłością a przyszłością. Choćby wydawało się to nie wiem jak nieracjonalne, to i tak skupienie się na doznaniach jest głęboko autentycznym przeżyciem. Odczuwa się, że środek wszystkiego jest zawsze w środku nas samych, gdy więc idziemy do przodu, jednocześnie przesuwamy środek Wszechświata. I tak napawając się tym dziwnym doznaniem, zastanawiam się, co by było, gdyby tak właśnie postrzegać rzeczywistość? Co, jeśli nie istnieje żadne miejsce ani czas, do których zmierzamy, nie ma dobra, do którego dążymy, ani zła, od którego uciekamy? Co, jeśli świat jest tylko tańcem bodźców oplatających nas jak rój cząsteczek energii, a my możemy jedynie pozwolić im wokół nas krążyć i przeszywać nas albo próbować się od nich opędzić?
Zamykanie się w czterech ścianach, zanurzanie się w niekończącym się strumieniu internetowej paplaniny skutecznie odrywa nas od naszego naturalnego środowiska, jakim jest ekosystem. Dajemy się ponieść sztucznemu prądowi bodźców, które nie rezonują z naszą fizycznością, nie są zsynchronizowane z naszymi krokami, biciem serca, oddechem.
Kiedy chodzę po lesie i pozwalam światu swobodnie przepływać środkiem mnie, przestaję powoli odczuwać granice swojego ciała. Rozpływam się w plątaninie dźwięków, zapachów i kształtów. Czuję jedynie, jakby podwójny wir, podobny do linii pola magnetycznego wokół kuli ziemskiej, eskortował mnie, łącząc mnie zarazem z Wszechświatem. Wszystko, cała rzeczywistość staje się jednym wielkim wirem z epicentrum położonym w moim wnętrzu. Rośliny, ptaki, drzewa, zagajniki, lasy, góry na horyzoncie, niebo z gwiazdami, nieskończona przestrzeń kosmiczna wlatują we mnie, zmniejszając się do mikroskopijnych rozmiarów i opuszczają moje ciało, by powoli, za moimi plecami znów powrócić na swoje miejsce. Raz całkiem blisko, raz miliony lat świetlnych, gdzieś w głębi Kosmosu. I ja to nazywam swoją drogą środka. Stan prostego, banalnego wręcz uniesienia, w którym nie istnieją granice dobra i zła, nie ma pragnień, trosk, marzeń, gdzie można wreszcie, idąc tak przed siebie, zatrzymać każdą chwilę na malutką chwilę, delektując się intensywnym smakiem i zapachem nieskończoności.
Droga się kończy. W oddali widać pierwsze dachy domów. Ktoś zapala silnik samochodu, powietrze przeszywa odległy lament karetki pogotowia. Komuś jest spieszno. Komuś coś nie pasuje. Ktoś biegnie zaspokoić swoje pragnienia. Reklama w radiu wciska więcej za tę samą cenę, żebyś się czuł zaopiekowany, żebyś uwierzył, iż ktoś zadbał o twoje dobre samopoczucie i myśli o tobie cały czas. O równej godzinie wiadomości: ci chcą wywrócić świat do góry nogami, tamci zrzucili bombę, jedni są złodziejami, a drudzy kłamcami. A nam się to wszystko wydaje szalenie ważne. Tak ważne, że zapominamy o drzewach, milknie śpiew ptaków i brzękliwy dźwięk owadzich skrzydeł, i gotowi jesteśmy rzucić się do boju, skoczyć komuś do gardła. Bo jakimś dziwnym zrządzeniem losu, te wszystkie wojny, przepychanki polityczne, wahania na giełdzie, cały ten szum i zgiełk jawią nam się jako rzecz we Wszechświecie najistotniejsza.
Dlaczego?