Quo vadis naturoterapio?
Okiem Anny

W poprzednim felietonie Pięścią między oczy nie wyczerpałam tematu dyskusji toczącej się wokół lex szarlatan, jakże istotnej dla dalszych losów całego spektrum naturalnych metod terapii – w aspekcie prawnym, medycznym, społecznym i kulturowym. Gdy niniejszy numer czasopisma kierujemy do druku, nadal stoimy przed legislacyjną niepewnością
Nie weto, nie podpis, a TK
Gdy zaczęły się prace przy nowelizacji ustawy o prawach pacjenta i roli Rzecznika Praw Pacjenta, uczciwi naturoterapeuci byli przekonani, że to ich nie dotyczy, jednak w miarę przyglądania się proponowanym zmianom coraz bardziej zaczęła się ujawniać swoista manipulacja.
Polegała ona na sprytnym żonglowaniu interesem chorego, którego pokazywano jako istotę nieporadną, niepotrafiącą ocenić, co jest dla niej korzystne, a co nie. Zostawiano jej zatem prawo doboru glazury do toalety, ale już nie środka na zaparcie – trawienne lub intelektualne.
Z czasem ustawa lex szarlatan zaczęła budzić coraz więcej emocji, wywołując ostry spór między częścią środowiska medycznego zafiksowanego na fetyszu naukowości oraz interesie Big Pharmy a zwolennikami utrzymania terapii naturalnych oraz ich integracji z naukową, ministerialną medycyną.
W sierpniu nowelizacja trafiła na biurko prezydenta Karola Nawrockiego. W tym czasie mocno uaktywniły się obie frakcje. Z jednej strony medyczni bękarci Kartezjusza (ulubione określenie Marka Rymuszko), dla których liczy się nader wyspecjalizowany obraz wiedzy pozyskanej za pomocą szkiełka i oka, niedopuszczający alternatywnej wizji świata, trzymający się tylko tej dla nich wygodnej, w miarę niezmiennej. Z drugiej – zwolennicy utrzymania naturalnych form terapii, wywodzących się z tradycji leczenia ludowego różnych społeczności i plemion, w tym medycyny słowiańskiej, a także nowatorskich metod wspierających zdrowie, bazujących na procesach zachodzących w żywych organizmach.
Kreatorzy prawa pragnęli załatwić sprawę we własnym gronie, unikając szerokiej społecznej dyskusji z udziałem naturoterapeutów i samych pacjentów.
Do Pałacu Prezydenckiego trafiły w efekcie petycje o weto głównie ze środowiska tzw. medycyny niekonwencjonalnej, wspieranej m.in. przez Instytut Ordo Iuris. To zaniepokoiło stronę przeciwną. Stąd apel zarówno Ministerstwa Zdrowia, jak i części środowiska lekarskiego oraz naukowego z poparciem dla lex szarlatan. Za najgorsze można uznać szermowanie sugestią, iż ten, kto jest przeciw dyskutowanej nowelizacji, daje przyzwolenie zdrowotnej szarlatanerii.
Przemilczano jednak zręcznie, że w takim kontekście pseudonaukowym można nazwać wszystko, co będzie nie na rękę decydentom i ich poplecznikom.
Prezydent wybrał wariant trzeci, kierując ustawę do Trybunału Konstytucyjnego. Swój krok uzasadnił wątpliwościami konstytucyjnymi. Jego zdaniem, nowa ustawa dawała urzędnikom administracyjnym zbyt duże uprawnienia (np. natychmiastowe blokowanie stron internetowych i nakładanie kar, nawet wysokich, bez wyroku sądu). Narusza to wolność gospodarczą oraz prawo obywatela do sprawiedliwego procesu.
Jednocześnie prezydent złożył w Sejmie swój projekt walki prawnej z pseudomedycyną i oszustami, przenosząc jej główny ciężar na kodeks karny. Przewiduje on kary więzienia od 3 miesięcy do 15 lat za nakłanianie chorych (w szczególności chorych onkologicznych, dzieci i kobiet w ciąży) do rezygnacji z konwencjonalnego leczenia, co skutkowałoby uszczerbkiem na zdrowiu lub śmiercią. O winie miałby decydować niezawisły sąd, a nie urzędnik [nierzadko nastawiony tendencyjnie – przyp. red.].
Czy pod dyktando
Big Pharmy?
Reakcja Ministerstwa Zdrowia, rządu i władz samorządów lekarskich były łatwe do przewidzenia. Po pierwsze, wyrazili głębokie niezadowolenie z decyzji prezydenta. A ekspert prof. Krzysztof Simon nazwał zablokowanie ustawy dramatem z punktu widzenia pacjenta i lekarza. Wtóruje mu minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda, mówiąc: – Nad tym bardzo dobrze przygotowanym projektem pracowali lekarze, eksperci, organizacje pacjenckie i Rzecznik Praw Pacjenta. Łączył ich jeden cel: pacjent ma być bezpieczny, a państwo ma mieć narzędzia, żeby stanąć po jego stronie. I właśnie tych narzędzi zostaliśmy dziś pozbawieni.
Przekaz tej ustawy był jasny: nie zgadzamy się na zarabianie na ludzkiej desperacji, oferowanie niesprawdzonych terapii i odciąganie chorych od prawdziwego leczenia. Pacjent, który szuka pomocy w trudnym momencie, ma prawo do rzetelnej informacji i bezpiecznego leczenia. Nie może być bezbronny wobec tych, którzy dzięki manipulacji i kłamstwu zarabiają na jego chorobie. To jest ustawa w obronie pacjenta. I tej ochrony będziemy się domagać.
Lex szarlatan nie było skierowane przeciw przedsiębiorcom. Firmy (np. oferujące zioła czy masaże) nie były nią objęte, o ile nie oferowały wyleczenia ciężkich chorób lub nie nakłaniały do rezygnacji z terapii.
Proponowane zmiany miały zapewnić skuteczniejszą ochronę pacjentów przed działalnością osób, które odciągają chorych od diagnostyki i leczenia zgodnych z aktualną wiedzą medyczną.
Cóż, takie podejście nie pozostawia marginesu na dyskusję o kompleksowej, zintegrowanej medycynie XXI wieku, a każdy będący przeciw lex szarlatan może być podejrzany o sprzyjanie nieuczciwości (tyle że ta niekiedy ujawnia się po obu stronach, tak w medycynie akademickiej, jak i naturalnej, jakże często określanej mianem pseudomedycyny).
Pod tak silną presją niektórych środowisk – niezależnie od decyzji Trybunału Konstytucyjnego – temat zapewne powróci. Dlatego dobrze pojęty interes pacjentów i korzystna dla nich harmonijna współpraca terapii akademickiej z metodami naturalnymi wymaga dalszego mądrego dialogu wszystkich zainteresowanych środowisk, a nie tylko prorządowych. Prawo powinno również blokować możliwość żonglowania pojęciami niekoniecznie zrozumiałymi dla przeciętnego obywatela. (np. pseudomedycyna czy pseudonaukowość).
Nowe przepisy nie mogą ograniczać prawa pacjenta do swobodnego wyboru metod leczenia, a także dostępu do zintegrowanej opieki zdrowotnej, zagrażając jego autonomii. Fetysz pseudonaukowości nie powinien blokować rozwoju nowatorskich metod naturalnych (szeroko pojętej naturoterapii). Doszło do tego, że wielu lekarzy boi się dziś mówić swoim pacjentom, iż w przypadku wystąpienia choroby związanej z niedoborem witamin czy mikroelementów istotną poprawę zdrowia często daje ich suplementacja w odpowiednio dobranych dawkach.
A akupunktura czy akupresura, choć często stają się sojusznikiem lekarzy i chorych w walce z bólem, również bywają uznawane za nienaukowe.
Wobec wagi tematu zapraszamy Państwa, nie tylko terapeutów, do zabierania głosu na łamach ŃŚ. W numerze 11/2026 publikujemy rozważania Quo vadis medycyno? Ryszarda Ulmana. Jeśli pojawi się taka potrzeba, o tym zagadnieniu dyskutować będziemy również w kolejnych numerach.
Anna Ostrzycka-Rymuszko
Redaktor Naczelna miesięcznika “Nieznany Świat”.